Uderzenie w słupki jeszcze sporo przed pieszym. Widać odrzucone barierki. Auto mija pieszego, już bez lewego reflektora. Po temacie. Prędkość, brawura, fantazja i przeświadczenie o nieśmiertelności, dały w efekcie, śmierć czwórki młodych ludzi. 16 Jul 2023 06:45:29. Zanim zaczniemy omawiać uderzenie musimy najpierw coś więcej wiedzieć na temat anatomii i struktury ręki i dłoni. Człowiek jest jedynym zwierzęciem z takim a nie innym usytuowaniem kciuka w stosunku do pozostałych palców. Taka pozycja kciuka ma na celu zwiększenie zdolności chwytania i obejmowania Utrata przytomności to rzecz, która bardzo często zdarza się w formule MMA. Do utraty przytomności można w prosty sposób doprowadzić dusząc przeciwnika. Chwilowy brak tlenu spowoduje utratę przytomności. Możliwe jest też, że po mocnym uderzeniu przeciwnik może na chwilę odpłynąć, a to nie z powodu niedotlenienia a Sprawa Arnolda szybko poszła w zapomnienie. Śmierć Hulanickiego, jednej z czołowych postaci w polsko-żydowskich kontaktach, piłsudczyka zwalczanego przez obóz gen. Sikorskiego, przez dziesiątki lat była tematem zażartej politycznej debaty toczonej m.in. na łamach paryskiej „Kultury”. Sprawdź, czy dziecko czuje drętwienie kończyn lub ból głowy. Uderzenie w głowę u dziecka mogło przecież w jakiś sposób spowodować uszkodzenie naczyń mózgowych. Kiedy pojawi się którykolwiek z tych objawów, należy udać się do lekarza. Wymagaj od lekarza oceny poziomu świadomości i ogólnego stanu dziecka. – To słynne kłamstwo o tym, że rząd Ewy Kopacz strzelał do górników. Jakoś ja nie zauważyłem żadnego rannego górnika – mówił Donald Tusk na spotkaniu z mieszkańcami w Płocku w listopadzie. Przewodniczącemu PO ostro odpowiedzieli dzisiaj poszkodowani na skutek użycia przez policję broni gładkolufowej górnicy, a poseł PiS Grzegorz Matusiak zapowiedział pozew przeciwko pOZeCf. Był 27 listopada 1620 roku. O godzinie dziewiątej rano z więzienia na Zamku Królewskim w Warszawie wyprowadzono skazańca i umieszczono go na specjalnej platformie katowskiego wozu. Co jakiś czas wóz zatrzymywał się w wyznaczonych miejscach, a kat rozżarzonymi szczypcami odrywał drobne fragmenty skóry złoczyńcy. Starał się przy tym by jego ofiara za szybko nie skonała. Wóz wtoczył się na placyk Piekiełko (albo rynek Nowego Miasta, przekazy nie są jasne) w Warszawie, gdzie czekał już zaciekawiony tłum. Skazańcowi włożono do prawej dłoni narzędzie zbrodni – czekan, po czym wepchnięto ją do ognia. Poparzoną kończynę odcięto. Następnie pozbawiono go drugiej ręki i zmaltretowanego przywiązano do czterech koni, ustawionych w czterech różnych kierunkach, tak by rozerwać ciało zbrodniarza na strzępy. Po wszystkim szczątki spalono i w zależności od przekazu wystrzelono armatą bądź wyrzucono do Wisły. Taki był ostatni dzień życia Michała Piekarskiego – sandomierskiego szlachcica i niedoszłego polskiego królobójcy. Był to najprawdopodobniej jedyny herbowy w całej historii I Rzeczypospolitej, który został poddany torturom. Jak i czemu zamachowiec chciał zabić władcę? Dlaczego spotkała go za to tak okrutna kara? Szalony szlachcic Michał Piekarski Michał Piekarski w młodym wieku uległ nieszczęśliwemu wypadkowi, skutkiem czego doznał urazu głowy. Stał się na przemian melancholijny i bardzo porywczy. Jego natura zaniepokoiła szwagrów szlachcica, którzy ubiegali się o specjalną kuratelę nad poszkodowanym. Do tego jednak niezbędna była zgoda króla – Zygmunta III. Władca ustanowił prawną opiekę nad Piekarskim, a to miało być przyczyną ogromnej nienawiści, jaką zaczął żywić szalony szlachcic do miłościwie panującego. Przyszły zamachowiec uważał, że kuratela jest dla niego hańbą. Intencje szwagrów też nie są do końca jasne. Pamiętnikarz Samuel Maskiewicz pisał: Szwagrowie, uczyniwszy go szalonym, wyprawili kuratelę u króla, majętności mu zabrawszy. Szlachcic zaczął obarczać monarchę winą za swoje nieszczęścia. Zagraniczny wzór W 1610 roku po Europie przetoczyła się sensacyjna pogłoska. Król francuski Henryk IV został zamordowany. Zamachu dokonał fanatyczny, katolicki katecheta – Francois Ravaillac. Miał on za złe pierwszemu Burbonowi, że doprowadził w kraju do pokoju religijnego. Informacja o zamachu dotarła również do Binkowic, gdzie żył niestabilny nerwowo Piekarski. Być może wtedy właśnie zapałał chęcią zemsty i zaczął myśleć o przeprowadzeniu zamachu na polskim królu. Oznaczałoby to jednak, że przygotowywałby się aż dziesięć lat. Niemniej jednak historia Ravaillaca mogła być dla niego diabelską „inspiracją”. Wiemy, że przed zamachem szlachcic kilkakrotnie publicznie groził władcy, pierwszy raz już w 1613 roku. Piekarski pościł przez sześć lat w intencji udanego zamachu, odbył nawet pielgrzymkę na Jasną Górę, by prosić siłę wyższą o wsparcie. Był wręcz przekonany o swoim boskim posłannictwie. Zamach Rok 1620 był dosyć burzliwy dla Rzeczypospolitej. Zaognił się konflikt z Turcją, którego kulminacją była klęska oddziałów polsko-litewskich pod Cecorą. Zmarł dowodzący siłami Korony – hetman Stanisław Żółkiewski. W kraju zapanowała panika, obawiano się rychło najazdu turecko-tatarskiego, a winą za porażkę obarczano Zygmunta III, który dał w działaniach wojennych wolną rękę zaawansowanemu już wiekiem dowódcy. W takiej atmosferze zbierała się szlachta na Sejm w Warszawie, który miał się rozpocząć 3 listopada. Do stolicy przyjechał również starosta Erazm Domaszewski, który zabrał ze sobą swojego podopiecznego – Michała Piekarskiego. 15 listopada w zimną, jesienną niedzielę król Zygmunt jak co tydzień szedł wraz z niewielką obstawą do kościoła Św. Jana na Mszę Świętą. Towarzyszył mu również królewicz Władysław - pozostawał jednak nieco w tyle za swym ojcem, gdyż chciał przeczytać ogłoszenie wywieszone przy kościele przez dominikanów. Władca zamierzał wejść do świątyni bocznymi drzwiami od ulicy Dziekanii. Gdy Zygmunt III był już przy samym wejściu nagle zza drzwi kościoła wyskoczył zamachowiec z czekanem w ręku. Padł pierwszy cios, który zsunął się po czapce króla i ranił go w obojczyk. Następne wymierzone w skroń uderzenie tylko niegroźnie zadrapało leżącego na ziemi monarchę. Trzeciego ciosu już nie było. Czekan zaplątał się w szaty biskupa Wężyka, który szedł razem z królem. Piekarski próbował wydobyć z pochwy swoją szablę, ale ta została mu wytrącona przez Łukasza Opalińskiego jego laską marszałkowską. Podniosły się za to inne szable, w tym królewicza Władysława, który ranił zamachowca w głowę. Piekarski został schwytany. Władca nie doznał większych obrażeń. Jan Kaliński zabrał go z miejsca całego zdarzenia do kościoła, a gdy sytuacja została opanowana Zygmunta III opatrzono na zamku. Akwaforta przedstawiająca scenę zamachu na króla Spisek i sąd W stolicy wybuchła panika. Rozeszła się plotka o tym, że król padł ofiarą spisku. Sprawcami zabójstwa mieli być Turcy, a ich oddziały znajdować się już na przedpolu Warszawy (przypominam, że cały kraj żył wojną z Osmanami, a Sejm na który przyjechał Piekarski miał właśnie zająć się tą kwestią). Panikę udało się opanować dopiero w momencie, w którym Zygmunt III pokazał się w oknie Zamku Królewskiego. Rozesłano też wiadomość do wszystkich warszawskich kościołów o tym, że Waza przetrwał próbę zamachu i proszono o modlitwę za zdrowie władcy. Po schwytaniu Piekarskiego próbowano ustalić przede wszystkim, czy sprawca działał sam, czy był zamieszany w szerszy spisek. Sandomierski szlachcic powtarzał na torturach, że próba zamachu była jego własną inicjatywą, zleconą mu przez anioła. Po trwających tydzień przesłuchaniach Marcin Laskowski - instygator koronny orzekł, że Piekarski jest zwykłym pomyleńcem i nie mógł działać na czyjeś zlecenie. Wyrok w tej sprawie mógł być tylko jeden. Nie pomogło nawet wstawiennictwo samej ofiary zamachu - króla, który z litości wobec szaleńca chciał go ułaskawić. Nie uznano jakichkolwiek okoliczności łagodzących, nie znajdując żadnego wytłumaczenia dla zamachu na życie władcy. Piekarskiego skazano na śmierć, infamię, odebrano mu szlachectwo (co prawda po fakcie, ale miało to usprawiedliwić tortury, którym skazany został już poddany) oraz majątek (którego de facto nie posiadał). Sąd pozostawiał marszałkowi koronnemu inwencję twórczą przy wykonaniu samej kary. Ten nie był zbyt oryginalny, gdyż postanowiono, że zamachowca ukarze się w ten sam sposób, jak niegdyś wspomnianego przeze mnie wcześniej francuskiego prekursora – Francoisa Ravaillaca. Cała procedura, którą opisałem na początku z finałem polegającym na rozszarpaniu przez cztery konie, jest analogiczna wobec kary, jaka spotkała zabójcę Henryka IV. Piekarski przed kaźnią nie chciał przystąpić do spowiedzi, do samego końca uważając, że jedyne czego może żałować to faktu, że zamach się nie powiódł. Niektórzy nawet podawali, że szlachcic sam włożył swoją prawą rękę w płomienie chcąc „ukarać” ją za swoją nieskuteczność. Niedoszły królobójca miał zostać wymazany z pamięci (damnatio memoriae) aż po wsze czasy. W innych narodach pany swe kozikami kolą... Czy okrucieństwo kary na którą został skazany Piekarski za nieudaną próbę zabójstwa króla była adekwatna do czynu? Czy rzeczywiście szalonego, nieszczęśliwego człowieka należało tak okrutnie potraktować i czy naprawdę nie dało się znaleźć jakichkolwiek okoliczności łagodzących? Dlaczego szlachta tak bardzo chciała skazać Piekarskiego na potworną śmierć, skoro sama ofiara i głowa państwa w jednej osobie - Zygmunt III wybaczył swojemu oprawcy? Aby to lepiej zrozumieć musimy wyjaśnić motywację szlachty. Przez stulecia w Polsce kształtowała się opinia, że jest to „kraj bez królobójców”. Nie jest to do końca prawdą, nieudane zamachy zdarzały się już w historii naszego kraju (np. na Zygmunta Starego), ale jedynym królem, który rzeczywiście poniósł śmierć w wyniku mordu był Przemysł II. Sprawcami byli jednak Brandenburczycy, więc de facto żaden król nie umarł z ręki polskiego poddanego. Dla szlachty był to powód do dumy. Hetman Stanisław Żółkiewski pisał: W innych narodach pany swe kozikami kolą, a u nas z łaski Bożej nigdy nic takowego przeciw panu nie było zamyślone. Próba zamachu wywołała więc ogromne oburzenie wśród herbowych. Oto jeden z nich podnosił rękę na władcę, pomazańca boskiego i uosobienie korony Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Godziło to w dobre imię całego stanu, jak i powagę majestatu królewskiego. Szlachta nie mogła tego incydentu puścić płazem. Można się nawet pokusić o opinię, że szlachta potraktowała wyrok jako formę osobistej zemsty na Piekarskim za nadszarpnięcie dobrego imienia i zburzenie mitu o „kraju bez królobójców. Niemy świadek wydarzeń W tym roku minie czterechsetna rocznica opisanych wydarzeń. Wydaje się, że o historii Piekarskiego mało kto pamięta. A jednak cała fabuła odcisnęła pewne piętno na kształcie Warszawy. W wyniku zamachu na swoje życie Zygmunt III kazał zbudować specjalny nadziemny łącznik pomiędzy Zamkiem Królewskim, a kościołem Św. Jana. Dzięki niemu król mógł w bezpieczny sposób przejść ze swojej rezydencji do świątyni bez wychodzenia na zewnątrz i narażania tym samym swojej osoby. Łącznik ten przetrwał II wojnę światową i stoi do dziś, a według miejskiej legendy duch szalonego Piekarskiego ciągle w nim straszy. Kładka, którą chadzał król znajduje się nad ulicą Dziekania w Warszawie. Łącznik nad ul. Dziekania, który został zbudowany na życzenie króla po próbie zamachu (foto: Adrian Grycuk/Wikimedia Commons/CC BY-SA pl) Przypadek Michała Piekarskiego jest dzisiaj mało znanym epizodem z historii Rzeczpospolitej szlacheckiej, a szkoda. Opowieść o szalonym szlachcicu, który próbował zemścić się za swoje osobiste nieszczęścia, wydaje się bardzo ciekawa. Oprócz wątku nieudanej próby zabójstwa rodem z powieści kryminalnej, pozwala ona poznać pewien aspekt szlacheckiego światopoglądu. W efekcie próba zamachu na króla zmieniła też nieco oblicze miasta, może być więc ciekawym urozmaiceniem dla wszystkich pasjonatów historii stolicy. To opowieść niczym legenda, której zapomniane pokłosie jest obecne nawet dzisiaj i której fabuła kryje się w wąskich uliczkach warszawskiej Starówki. Ze środowiskiem sędziowskim pożegnał się w 2018 roku. Borski zaatakował wtedy w social mediach szefa sędziów, Zbigniewa Przesmyckiego i pisał, że "zemsta jest nieunikniona". Czy nadeszła? – Fakty mówią same za siebie – ocenia były arbiter – Zdawałem sobie sprawę z prawdopodobnych konsekwencji tego, co robię. Nie chciałem dłużej funkcjonować w ówczesnych realiach Kolegium Sędziów. Było mocno toksycznie i musiałem to jak najszybciej przerwać – dodaje Borski sędziował także w czasach, gdy polską piłkę toczył rak korupcji. Arbiter opowiada nam, jak próbowano go korumpować. – Nigdy nie było to mówione wprost, raczej słyszałem jakieś sugestie. Natomiast na drugim poziomie rozgrywkowym często wykładano kawę na ławę – Jestem dumny z tego, że sędziowałem w Ekstraklasie osiemnaście lat. To dało mi mnóstwo satysfakcji. Miałem dwa bardzo ciężkie momenty. Po jednym z meczów musieliśmy jechać do szpitala i złożyć zeznania na policji. Mój asystent po uderzeniu stracił przytomność, a mnie udało się uciec przed tłumem – wspomina Borski Więcej takich historii znajdziesz na stronie głównej Absurdy w reprezentacji Polski. Książka "Kosa. Niczego nie żałuję" już w sprzedaży Piłkarze często mówią, że po zakończeniu kariery trudno jest się im odnaleźć. Jak to jest z sędziami? Potwierdzam, że nie jest to łatwe, jeśli kończy się długoletnią przygodę ze sportem. Byłem związany z piłką nożną od siódmego czy ósmego roku życia, najpierw jako zawodnik, potem jako sędzia. Można więc powiedzieć, że spędziłem przy futbolu trzydzieści pięć lat. A tu nagle nadchodzi weekend i masz wolne, bardzo brakuje adrenaliny związanej z meczami. Przez pierwsze pół roku czułem się, jakby pozbawiono mnie czegoś bardzo potrzebnego, niezbędnego do życia. Tyle tylko, że u mnie przejście na drugą stronę było w pewien sposób kontrolowane. Wiedziałem, że nadchodzi moment, w którym powiem "dość". Przebranżowiłem się odpowiednio wcześniej i dziś pracuję na rynku nieruchomości. Skoro brakuje trochę adrenaliny, pewnie skacze pan co weekend na bungee? Spokojnie, mam trójkę dzieci. One potrafią zadbać o to, żeby te skoki adrenaliny czasem się pojawiły. Jakoś sobie radzę. Nie można powiedzieć, że odchodził pan ze środowiska po cichu. W marcu 2018 ostro skrytykował pan na Facebooku szefa sędziów, Zbigniewa Przesmyckiego, pisząc, że "od lat demoluje organizację sędziowską" i świadomie nagina przepisy. To wzbierało we mnie od dłuższego czasu. Wcześniej jako sędzia zawodowy nie mogłem krytykować swoich przełożonych, choćby dlatego, że zabraniały tego postanowienia kontraktu. Zawodowo dorastałem w kulturze korporacyjnej, gdzie po prostu wykonujesz polecenia, nawet jeśli nie widzisz w nich większego sensu. W dużych organizacjach hierarchia i porządek są bardzo istotne. Jednak z chwilą, gdy stałem się obserwatorem UEFA i przewodniczącym Kolegium Sędziów Mazowieckiego Związku Piłki Nożnej, uznałem że nadszedł odpowiedni moment na publiczne zabranie głosu dla dobra organizacji. Jak się okazało, zakończyło to moje relacje ze związkiem. Od prawie trzech lat nie mam nic wspólnego z Polskim Związkiem Piłki Nożnej. Wahał się pan przed opublikowaniem posta? Nie. Kilka razy odbierałem wcześniej sygnały, że nasza współpraca nie układa się najlepiej. Sprawa była na takim etapie, że naprawdę musiałem publicznie zająć stanowisko. Wcześniej dwukrotnie informowałem o nieprawidłowościach wyższe szczeble związku, ale niewiele z tym zrobiono. Nie chciałbym szczegółowo analizować swojego konfliktu z panem Przesmyckim, ponieważ wciąż trwa sprawa sądowa pomiędzy nami. Najlepiej niech rozstrzygnie to niezawisły sąd. Oczywiście nie cofam swoich słów sprzed blisko trzech lat, ale też na temat pana Przesmyckiego napisano już tak dużo, że nie będę dopisywać kolejnych rozdziałów. Poza tym jestem już poza środowiskiem, więc gdybym teraz recenzował w szczegółach jego bieżące posunięcia, nie byłbym uczciwy. Pisał pan: "wiem, że zapłacę za to rachunek, bo zemsta z tamtej strony w jest nieunikniona". Zapłacił pan? Fakty mówią same za siebie, prawda? Jak powiedziałem, od trzech lat nie pełnię żadnej funkcji ani w PZPN-ie, ani jako przedstawiciel związku w UEFA, choć wcześniej często korzystano z moich kompetencji. Sędzia Daniel Stefański: musimy powiedzieć stop, bo sytuacja zabrnie za daleko Żałuje pan, że odszedł w ten sposób? Nie. Zdawałem sobie sprawę z prawdopodobnych konsekwencji tego, co robię. Zakładałem też taki scenariusz. Podjąłem decyzję świadomie. Nie chciałem dłużej funkcjonować w ówczesnych realiach Kolegium Sędziów. Było mocno toksycznie i musiałem to jak najszybciej przerwać. Ostatnimi czasy sporo się mówi o sędziach w Polsce. Jak ocenia pan aferę na derbach Krakowa, gdy prezes Janusz Filipiak nazwał arbitra Daniela Stefańskiego "chu**", a potem klub pisał w oświadczeniu, że żona arbitra jest kibicką Wisły Kraków? Opierano tezę na… "wpisach w internecie". Moja ocena jest oczywiście negatywna – żadne emocje nie usprawiedliwiają tego typu zachowań. Musimy zdać sobie sprawę, że z roku na rok postępuje w społeczeństwie degradacja relacji międzyludzkich. Coraz częściej widać chamstwo w dyskursie publicznym, trudno, by nie przenosiło się to na świat piłki nożnej. A wracając do afery w derbach, zawsze mówiłem, że media społecznościowe powinno się zakładać dopiero po sędziowskiej karierze. "Otwierając się" mocno w internecie, sami prowokujemy hejt i różne nieprzyjemne historie. Gdy byłem przewodniczącym Kolegium Sędziów Mazowieckiego ZPN-u, wydaliśmy instrukcję dla sędziów jak postępować z mediami społecznościowymi. Mieliśmy przez nie sporo problemów, bo niektórzy sędziowie zbyt mocno deklarowali swoje sympatie klubowe. Ktoś, kto trzymał kciuki za Legię i afiszował się z tym w sieci, miał potem problem, gdy przychodziło mu prowadzić derby z Polonią, nawet na szczeblu III ligi czy rozgrywek młodzieżowych. Pamiętajmy, że w internecie nic nie ginie. W kwestii szacunku do sędziów w Polsce jest coraz gorzej? Nie na najwyższych szczeblach. Moim zdaniem w Ekstraklasie świadomość rośnie i rzadko kiedy ktoś przekracza granicę. Nie jest tak, że zjawisko się nasila. Powiedziałbym nawet, że kiedyś było dużo trudniej. W latach 90. w klubach była obecna mafia, wywierano dużą presję na sędziach, często dochodziło do stresujących sytuacji. Dziś sędziowie mają dużo większy komfort sędziowania. Marcin Borski Żona Daniela Stefańskiego napisała w oświadczeniu, że dostawał w przeszłości groźby śmierci. Pana też to spotkało? Miałem tego typu sytuacje dwa razy w karierze. Raz po meczu GKS-u Katowice z Odrą Wodzisław, gdy gospodarze spadli z Ekstraklasy. Po końcowym gwizdku chuligani wbiegli na murawę i pobili zawodników gości. Mocno ucierpiał też mój asystent, który otrzymał uderzenie w skroń i stracił przytomność. To były dramatyczne chwile dla naszego zespołu. Media pisały wówczas, że to pan został pobity przez kibola. Doszło do pomyłki, mnie udało się wyrwać i uciec przed tłumem, pomógł mi w tym ówczesny kierownik GKS-u Katowice. Dzięki niemu nie poniosłem uszczerbku na zdrowiu. Natomiast w nocy pojechaliśmy z moim asystentem do szpitala, gdzie miał tomografię. Pamiętam, że to był dzień finału Ligi Mistrzów między Liverpoolem i Milanem. Siedziałem w szpitalnej poczekalni i oglądałem "taniec" Jerzego Dudka w Stambule. Do Warszawy wróciliśmy o szóstej nad ranem, po złożeniu zeznań na policji. Potem i tak sprawę umorzono, bo nie odnaleziono sprawcy, którego pokazała nawet CNN w swoich relacjach z tego bulwersującego zdarzenia. Taki był poziom bezpieczeństwa w Polsce i na stadionach w tamtym okresie. Przed samym meczem nie zdawałem sobie sprawy z tego, że bankrutujący klub gospodarzy nie ma służb porządkowych i że zastąpiono je kibicami. To właśnie te "służby porządkowe" dotkliwie pobiły niektórych zawodników Odry Wodzisław. W obecnych realiach nie jesteśmy już w stanie sobie wyobrazić, co się tam działo. Nie narzekałbym więc na upadek obyczajów w polskim środowisku piłkarskim. Na poziomie Ekstraklasy bezpieczeństwo sędziów na pewno wzrosło. Wspomniał pan, że miał do czynienia z groźbami śmierci dwukrotnie. Pierwszy raz usłyszał je pan na stadionie GKS-u Katowice. A drugi? To było jeszcze wcześniej, w 2000 roku. W jednym z czołowych polskich klubów rządziła mafia. Zawodnicy najwidoczniej mieli dobre relacje z "działaczami" i też słyszało się różnego typu pogróżki. Raz piłkarz powiedział mi, że "ktoś się może mną zająć", to było jednoznaczne. Zgłosiłem sprawę do Wydziału Dyscypliny PZPN-u, ale stwierdzono, że mamy słowo przeciwko słowu i wszystko się rozmyło. Po takich akcjach nie myślał pan, żeby dać sobie spokój z sędziowaniem? Sędziowałem w Ekstraklasie osiemnaście lat, a mówimy o dwóch ciężkich momentach. Było wiele meczów, które dawały mi wielką satysfakcję. Dwa incydenty nie mogą rzutować na całokształt. Poza tym człowiek był dużo młodszy, nie miał rodziny, nie czuł takiej odpowiedzialności za siebie. Nie chciałbym, byśmy się skupiali wyłącznie na negatywnych aspektach sędziowania. Zapytam więc o pozytywne strony. Proszę wskazać prezesa, trenera albo działacza, który pod względem komunikacji z sędziami i szacunek dla arbitrów stanowił wzór do naśladowania. Miałem przyjemność sędziować panu Kazimierzowi Węgrzynowi, byłemu obrońcy, a obecnie ekspertowi. Grał bardzo zdecydowanie, siłowo i raczej nie przebierał w środkach. Ze względu na jego posturę i różnicę wieku (jest starszy ode mnie) trochę się go obawiałem. Tymczasem okazało się, że jest niesamowicie zdyscyplinowany i sympatyczny. Ustawiając na boisku kolegów z obrony, używał mocnych słów, ale mnie jako sędziego traktował z szacunkiem i pomagał uspokajać sytuację na boisku. Kolejny pozytywny przykład to Robert Lewandowski. Kiedy zaczynał grać profesjonalnie na polskich boiskach, od razu było widać, że koncentruje się wyłącznie na grze. Nigdy nie biegał do arbitrów z pretensjami, gdy raz czy drugi go sfaulowano. Robił swoje, zamiast "płakać". To była wielka satysfakcja spotkać takiego sportowca na swojej drodze. A przykłady negatywne? Zawodnicy często przekraczali granicę? Nie, tylko raz. Jeden z zawodników zasugerował, że tragiczny wypadek, w którym bardzo ucierpiał mój tata, był czyjąś zemstą za moje sędziowanie. Na chwilę mnie zamurowało, nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Mówimy o piłkarzu, którego bardzo cenię i tak naprawdę o bardzo sympatycznym człowieku. W ferworze walki przegiął, ale szybko wyjaśniliśmy sobie sytuację w obecności trenera. Podaliśmy sobie ręce i zapomnieliśmy o sprawie. Echa Derbów Krakowa. Mateusz Borek: to wiocha i słoma z butów Proszę opowiedzieć jeszcze o najbardziej pamiętnym meczu w Ekstraklasie. Mój pierwszy sezon, spotkanie Lecha Poznań z Wisłą Kraków. W ekipie Białej Gwiazdy świetni zawodnicy, jak Tomasz Frankowski czy Radosław Kałużny. A po drugiej stronie Maciej Żurawski żegnający się z Kolejorzem. Strzelił swojemu przyszłemu klubowi dwie bramki. Dla mnie, sędziego świeżo po awansie, mecz był toczony na kosmicznym poziomie! Foto: Jakub Piasecki/Cyfrasport / Sędziował pan w czasach, gdy polską piłkę toczył rak korupcji. Zdarzały się panu propozycje sprzedaży meczu? Oczywiście. Jeśli chodzi o Ekstraklasę, nigdy nie było to mówione wprost, raczej słyszałem jakieś sugestie. Natomiast na drugim poziomie rozgrywkowym często wykładano kawę na ławę. Widać było, że jest to na porządku dziennym. Moja odmowa budziła u działaczy zdziwienie. Robili wielkie oczy, że temat mnie nie interesuje. Później mnie lepiej poznali i propozycje się skończyły. Mocno przeżyłem aferę korupcyjną w polskim futbolu. Po pierwsze, zwyczajnie było mi wstyd, że jestem częścią takiego środowiska. Poza tym poczułem się jak głupek, który nie wiedział, co się działo tuż obok mnie, na najwyższych szczeblach sędziowania. Nie spodziewałem się, że "drugi obieg" funkcjonuje w takim stopniu i to wśród topowych sędziów i członków najwyższych władz sędziowskich. Co pan czuł, znajdując swoje nazwisko na tzw. Liście Fryzjera, a więc liście nazwisk arbitrów, którzy mieli uczestniczyć w procederze korupcyjnym? Od początku miałem świadomość, że może mi to bardzo zaszkodzić i tak się właśnie stało. Byłem w najlepszym sędziowskim okresie, artykuł na pewno zahamował moją karierę. Wrzucono mnie do "zamrażarki" i czekano na rozwój wypadków. Straciłem czas. Walka o dobre imię trochę trwała, bo wiadomo, że u nas sądy działają wyjątkowo wolno. Myślę jednak, że ostatecznie udało się wszystko odkręcić. Publikacje pana redaktora Panka, który odsłaniał na swoim blogu kulisy korupcji, są też dowodem, że nie brałem w tym udziału. Mam trochę żal do autorów Listy Fryzjera, choć gdy się spotykamy, normalnie rozmawiamy. Uznali, że kiedy się robi tak ważną i w ich mniemaniu pożyteczną robotę, to mogą pojawić się czasem przypadkowe ofiary. To ich punkt widzenia. Mój, jako tej przypadkowej ofiary, jest trochę inny. Powinno się zachować nieco większą staranność, jeśli wplącze się kogoś w tego typu aferę. Tym bardziej że sprawa dotyczyła jednej z najważniejszych wartości w życiu – ludzkiej godności. Stawianie takich zarzutów musi być poprzedzone bardzo szczegółową weryfikacją. Dziś jednak absolutnie nie rozpamiętuję tamtych spraw. Temat dawno jest za mną. Pech Michała Karbownika. W tym roku już nie zagra Afera korupcyjna z początku XXI wieku ma jeszcze jakiś wpływ na postrzeganie polskiego sędziego? Na pewno to ciągle gdzieś tkwi w świadomości fanów, zwłaszcza starszej daty. Natomiast inne kraje też miały przecież podobne problemy, choćby Niemcy czy Włochy. Nie jesteśmy jedynymi złymi, mówimy o ogólnoświatowym procederze. Wiemy, że korupcja dotarła swego czasu nawet na najwyższe szczeble FIFA. Piłka zawsze była dziedziną, która przyciągała także ludzi spod ciemnej gwiazdy. Sędzia ma w dobie VAR ograniczone pole działania, ale w przeszłości miał na boisku dużą władzę. Musiało dojść do afer korupcyjnych, bo istniała ogromna dysproporcja między pieniędzmi obecnymi w futbolu a zarobkami sędziów. Jak ocenia pan obecny stan sędziowania w Polsce? Uważam, że jest bardzo przyzwoicie. Koledzy wypracowali sobie w UEFA dobre pozycje. To dzięki zawodowstwu wprowadzonemu jeszcze za czasów Michała Listkiewicza, sędziowie dostali bardzo duży "handicap" w stosunku do innych arbitrów z Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie nie ma takich warunków. Od czasu wprowadzenia zawodowych kontraktów nasi "rozjemcy" skupili się wyłącznie na tej pracy i są efekty. Mogłoby być lepiej, ale to kwestia nie do końca dobrego szkolenia i nie najlepszej selekcji, prowadzonej przez Kolegium Sędziów. Na czołowych sędziów nie napierają konkurenci, nie są więc odpowiednio motywowani. Wszyscy widzimy, że od paru lat elita jest zamknięta. To największy problem naszego sędziowania? Nie, największym problemem jest I i II liga. Ekstraklasa ma VAR i sędziów zawodowych. Jeśli chodzi o najwyższy poziom rozgrywkowy oraz zaplecze, przepaść w poziomie gry nie jest tak duża jak między wynagrodzeniem arbitrów obu szczebli. W I lidze sędziowie muszą praktycznie tak samo szybko biegać jak w Ekstraklasie, a dostają dużo mniej narzędzi i środków, by się odpowiednio przygotować. Na pewno nie jest to zdrowa sytuacja. Zapomniano o zapleczu, a ono jest ważne. Mamy generację bardzo dobrych sędziów, którzy wypełnili pustkę po okresie korupcyjnym, natomiast oni zakończą karierę w podobnym okresie. Boję się, że nie mamy następców. Nie widzę świeżej krwi, a już na pewno nie widzę dobrej jakości. Od momentu zakończenia przeze mnie kariery w 2016 roku, nie pojawiły się żadne nowe nabytki. Może poza sędzią Wojciechem Myciem, a wszyscy wiemy, jak on sobie radzi. Foto: Onet Nie ma z czego wybierać? Potencjał jest, bo mówimy o dziesięciu tysiącach osób. Natomiast – jak wspomniałem – kuleje selekcja. Przez dwa lata miałem okazję śledzić rozgrywki III ligi jako przewodniczący kolegium na Mazowszu. Wiem, jak to wygląda. Jest naprawdę dużo do zrobienia, żeby system stał się efektywny. Musi być możliwość awansu dla sędziów, którzy są naprawdę dobrzy, a pracują na niższych szczeblach. Wróćmy na koniec do pana. Proszę podsumować swoją karierę jednym zdaniem. Sędziowałem w Ekstraklasie uczciwie osiemnaście lat w bardzo trudnych czasach. Jestem z tego po prostu dumny. A jest coś, czego pan żałuje? Na pewnym etapie mogłem bardziej słuchać ludzi bardziej doświadczonych od siebie. Nie być skoncentrowanym tylko na tym, że wiem najlepiej i pójdę swoją ścieżką. Osiągnąłbym więcej, gdybym skorzystał z mądrych rad ludzi z większym doświadczeniem życiowym. Ale pewnie nie jestem jedyną osobą, która wypowiada takie zdanie. Rozmawiamy wieczorem, więc pewnie zaraz siada pan do meczu? Niekoniecznie. Widzi pan, dawniej miałem w domu alibi. Tłumaczyłem, że muszę śledzić wszystkie spotkania, bo to moja praca. A teraz co ja powiem żonie?… Wypadek Ayrtona Senny podczas Grand Prix San Marino 1 maja 1994 roku na zawsze zmienił Formułę 1. W celu wyjaśnienia przyczyn tragedii przeprowadzono śledztwo prokuratorskie, powołano specjalną komisję i przesłuchano dziesiątki świadków. Wreszcie sprawa znalazła w we włoskim sądzie, a oskarżonymi byli Frank Williams, Patrick Head i Adrian Newey. Dziś postępowanie lekarzy, włoskiego wymiaru sprawiedliwości i zespołu Williams wydaje się wątpliwe etycznie i prawnie. Pechowe 1,7 sekundy Przed rozpoczęciem sezonu 1994 w Formule 1 najważniejszymi wydarzeniami było przejście słynnego Ayrtona Senny do dominującego w ostatnich latach zespołu Williams oraz zmiana regulacji technicznych, mających uatrakcyjnić widowisko i pozbawić brytyjski zespół ogromnej przewagi nad rywalami poprzez zakaz stosowania ABS-u, kontroli trakcji, aktywnego zawieszenia, elektronicznego akceleratora oraz skrętnych wszystkich czterech kół. Senna liczył, że w nowych barwach nawiąże do spektakularnych sukcesów z lat 1988-1991. Niestety dla Brazylijczyka, nowy Williams FW16 nie był udaną konstrukcją. Charakterystyka nie pasowała Ayrtonowi, który nie ukończył dwóch pierwszych rund sezonu i pozostawał z zerowym kontem punktowym. Trzeci wyścig, GP Grand Prix San Marino, miał być oczekiwanym przełamaniem Williamsa i rozpoczęciem drogi Senny po czwarty tytuł. Jednak w ten ciepły, włoski majowy weekend nad Imolą ewidentnie krążył zły duch - niebezpieczeństwo czaiło się za każdym rogiem, a ostrzeżeń przed tym co miało nadejść, było wiele. W piątek podczas pierwszej sesji kwalifikacyjnej Rubens Barrichello przy prędkości 225 km/h uderzył w wysoki krawężnik na zakręcie Variante Bassa i kilkukrotnie przekoziołkował. Przeciążenie wyniosło 95 G, lecz młody Brazylijczyk wyszedł z wypadku jedynie ze złamanym nosem. To było jednak tylko preludium do najtragiczniejszego Grand Prix od 1960 roku. W sobotnich kwalifikacjach, na skutek awarii przedniego skrzydła w bolidzie Simtec, Austriak Roland Ratzenberger wypadł z toru na bardzo szybkim łuku imienia Gillesa Villeneuve'a i uderzył w betonową ścianę z prędkością prawie 315 km/h, ginąc na miejscu. Skonsternowany padok był świadkiem pierwszego śmiertelnego wypadku podczas wyścigowego weekendu od 12 lat. Mimo tragicznych okoliczności, 1 maja 1994 roku o godzinie 14:00 ruszył wyścig z Ayrtonem Senną na Pole Position. Już na starcie doszło do kolejnego groźnego wypadku – fiński kierowca Benettona, Lehto, zgasił silnik, a startujący z dalszej pozycji Portugalczyk Pedro Lamy w Lotusie wjechał w jego tył z prędkością powyżej 100 km/h. Oderwane koło z Lotusa pofrunęło w widownię, a rannych zostało kilka osób. Kierowcom nic poważnego się nie stało, ale było to kolejne groźne zdarzenie w ciągu kilkunastu godzin. Części obu bolidów zostały rozrzucone po całej prostej startowej. Już 3 minuty po starcie wyścigu na tor wyjechał Safety Car - wówczas był to niemal seryjny Opel Vectra Turbo. O godzinie 14:15 Senna potwierdził otrzymanie wiadomości o zjeździe samochodu bezpieczeństwa na końcu 6. okrążenia. Jak się okazało, był to ostatni kontakt z kierowcą. Na 7. okrążeniu Brazylijczyk przygotowywał się do wejścia w lewy łuk Tamburello przy prędkości ponad 300 km/h. Zbliżając się do tarek, niespodziewanie zmienił kierunek jazdy. W ciągu 1,7 sekundy Senna desperacko starał się wytracić prędkość. Zanim uderzył w betonową barierę na zewnętrznej stronie Tamburello, wyhamował do 209 km/h przy przeciążeniu 4,34 G. Uderzenie było tak mocne, że gruba, betonowa bariera została mocno wyżłobiona. Dalszy ciąg wydarzeń znany jest ze wstrząsającej relacji włoskiej telewizji RAI – rozbity Williams sunął po torze, a głowa Senny bezwładnie zwisała na pasach bezpieczeństwa. Na miejsce wypadku przyjechał samochód medyczny. Nadzieję stworzył pojedynczy, ale wyraźny ruch głowy kierowcy. Senna był reanimowany, a potem zabrany śmigłowcem do kliniki w Bolonii. Wyścig został przerwany. Po uprzątnięciu miejsca kraksy rywalizację wznowiono. Pod koniec zawodów doszło do kolejnego wypadku. Mechanicy źle zamontowali prawe tylne koło w bolidzie Michele'a Alboreto, które podczas wyjazdu z pit-lane oderwało się, raniąc mechaników Ferrari i Lotusa. Grand Prix wygrał Michael Schumacher. Na podium kierowcy nie otwierali szampanów, ale wtedy jeszcze mało kto zdawał sobie sprawę z konsekwencji wypadku na Tamburello. Szpital w Bolonii Po południu dotarły pierwsze doniesienia z kliniki w Bolonii. Mimo ogromnej siły uderzenia, Senna nie złamał żadnej kości i nie odniósł obrażeń wewnętrznych brzucha lub klatki piersiowej. Gdyby pewien mały element bolidu, oderwany w chwili zderzenia, poleciał kilka milimetrów w innym kierunku, Ayrton miałby szanse na wyjście z wypadku żywym. Niestety, tego dnia mistrza opuściło szczęście. Przednie prawe koło jako pierwsze przyjęło impet uderzenia w barierę, co spowodowało, że oderwały się od niego liczne elementy zawieszenia. Jeden z nich z ogromną siłą wpadł na wizjer kasku Senny, przebił go i uderzył kierowcę w skroń. Na miejscu wypadku stwierdzono, że Ayrton znajdował się w głębokiej śpiączce na skutek poważnych uszkodzeń mózgu z objawami wstrząsu krwotocznego, wywołanego rozerwaniem tętnicy. Serce kierowcy przestało dwukrotnie bić już w trakcie lotniczego transportu do kliniki w Bolonii, lecz lekarze przywrócili jego akcję. Po godzinie 18 lekarz z bolońskiego szpitala poinformował, że dokładne badania wykazały liczne uszkodzenia podstawy czaski, zmiażdżenie tętnicy skroniowej, krwotok w drogach oddechowych i zaburzenia akcji serca. Stwierdzono śmierć kliniczną. Podano również, że „nie ma już żadnej nadziei”, a Senna był podłączony do aparatury jedynie na skutek przepisów włoskiego prawa, nakazującego podtrzymywanie życia przez 12 godzin od stwierdzenia śmierci mózgu. Lekarzom nie udało się jednak nawet to. O godzinie 19 ogłoszono, że akcja serca ustała i Senna nie żyje. Obrażenia twarzy Ayrtona były tak poważne i rozległe, że w celu oszczędzenia rodzinie w Brazylii wstrząsającego widoku, trumna została zamknięta na zawsze już w Bolonii. Teorie poważne i chybione Śmierć Senny wywołały ogromny szok w świecie sportu. W Brazylii ogłoszono kilkudniową żałobę narodową. Fakt, że telewizyjne kamery nie zarejestrowały ostatnich chwil przed samym wypadkiem, spowodował, że w padoku niemal natychmiast zaczęły pojawiać się teorie, dotyczące możliwej przyczyny wypadku. Niektóre z nich nosiły znamiona poważnych, inne zanikły w mrokach historii i nikt do nich później nie wracał. Jako jedna z pierwszych swoją wersję wydarzeń przedstawiła publiczna francuska telewizja, która - analizując w zwolnionym tempie powtórkę przejazdu Senny z kamery umieszczonej na bolidzie jadącego na drugiej pozycji Schumachera - dostrzegła, że tuż przed wypadkiem z tyłu Williamsa zwisała jakaś część zawieszenia. Wątek ten nie był jednak później kontynuowany. Szeroką aprobatę zyskała za to teoria o braku odpowiedniego dogrzania opon w narowistym bolidzie Williamsa na skutek jazdy za zbyt wolnym samochodem bezpieczeństwa. Miało to spowodować spadek ciśnienia w nich i utratę docisku w szybkim łuku. Ekipa Williamsa na początku starała się forsować teorię, że powodem wypadku było uszkodzenie zawieszenia po najechaniu na nieuprzątnięty odłamek z rozbitego bolidu Lehto. Na dowód zespół przedstawiał zdjęcie, zrobione na kilka sekund przed kraksą, na którym widać leżący na torze kawałek niebieskiego bolidu, na który niechybnie po chwili najechał Senna. Pojawiły się również głosy o możliwym błędzie samego kierowcy. Taką wersję sugerował między innymi Michael Schumacher, który jechał bezpośrednio za Brazylijczykiem. Niemiec wskazywał, że po restarcie wyścigu Williams mocno dobijał na wybojach przy Tamburello, a na okrążeniu przed wypadkiem bolid Ayrtona odbił się od nierówności, „uciekł” kierowcy i pojechał na wprost. Tajemnica czarnej skrzynki Williamsa FW16 Wielu fanów Senny z założenia odrzucało jednak możliwość popełnienia błędu przez swojego idola i kierowało podejrzenia - a nierzadko wręcz gniew - w stronę Franka Williamsa i jego zespołu jako winnych tragedii. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że negatywne nastroje wokół ekipy miały swoje podstawy w kontrowersyjnych działaniach bezpośrednio po wypadku. Jedną z największych zagadek, związanych z feralną niedzielą na Imoli, do dziś jest bowiem los urządzenia, wyciągniętego z rozbitego bolidu Senny, potocznie zwanego „czarną skrzynką” samochodu. Było to specjalny komputer konstrukcji Williams Grand Prix Engineering, w którym zbierane były kluczowe dane, dotyczące najważniejszych paramterów, takich jak ciśnienie opon, przeciążenia, ruchy kierownicy, użycie przepustnicy, hamulców i zmiany biegów. Zanim rozbity bolid trafił w ręce włoskich śledczych, został on przetransportowany do garażu Williamsa. Tam z wraku wyciągnięto „czarną skrzynkę”. Było to działanie sprzeczne z przepisami, ale oficjalną zgodę ze strony FIA wydał sam Charlie Whiting, który argumentował to koniecznością jak najszybszego zdobycia informacji o wypadku w celu ochrony życia i zdrowia drugiego kierowcy Williamsa, Damona Hilla. Dziś jest oczywiste, że zapis z komputera rozbitego bolidu byłby bardzo pomocny przy badaniu przyczyn wypadku Senny. Po ostatecznym wydaniu „czarnej skrzynki” włoskim ekspertom okazało się jednak, że została ona prawdopodobnie celowo zniszczona. Tak przynajmniej twierdził profesor Adolpho Melchiona, ekspert wyznaczony przez prokuraturę do zbadania jej odczytów. Uznał on, ktoś z Williamsa wyjął ją z bolidu i celowo uszkodził tak, aby uniemożliwić odczytanie danych. Williams do końca utrzymywał, że skrzynka została naruszona na skutek wypadku, a nie celowego działania, co stało w sprzeczności między innymi z zeznaniami jednego z techników, który osobiście wymontował urządzenie z rozbitego bolidu i twierdził, że poza kilkoma zadrapaniami była ona w pełni sprawna. Losy „czarnej skrzynki” przez wiele lat rzucały się cieniem na wizerunek zespołu W toku późniejszego procesu sądowego sprawę wielokrotnie starano się rozwikłać. Dzięki zręcznym zabiegom prawników Williamsa nie udało się jednak jednoznacznie udzielić odpowiedzi na pytanie, czy komputer został zniszczony celowo już po wyjęciu go z samochodu. Claire Williams, córka Franka, opowiadała po latach, że ojciec nigdy nie chciał rozmawiać o zdarzeniu, a ona sama kilkukrotnie słyszała, że jest córką mordercy. Niewygodny Williams i skrócenie kolumny kierowniczej Z czasem największe uznanie w padoku zaczęła zyskiwać teoria o niefortunnych zmianach w samochodzie Senny, które mogły się przyczynić do wypadku. Konkretnie chodziło o poważną modyfikację kolumny kierowniczej. Wątek wydawał się być dobrze udokumentowany. Konstrukcja kabiny Williamsa FW16 z 1994 roku od samego początku budziła zastrzeżenia Brazylijczyka. Już podczas przedsezonowych testów na torze Estoril kierowca wskazywał, że "czuje się w niej bardzo ograniczony, a pozycja za kierownicą daleka jest od idealnej. Konieczne były zmiany, aby mógł mieć większą kontrolę na kierownicą". W tygodniach poprzedzających felerne Grand Prix na Imoli, Senna poprosił inżynierów o skrócenie drążka tak, aby w bolidzie było więcej miejsca na kręcenie kierownicą. Patrick Head i Adrian Newey, wychodząc naprzeciw prośbie swojego kierowcy, zlecili dokonanie stosownych zmian, polegających na wycięciu fragmentu kolumny i zastąpieniu go elementem o mniejszej średnicy, który zespawano z płytami wzmacniającymi. Prokurator przeciw Williamsowi Zgodnie z literą włoskiego prawa, pojawienie się poważnych wątpliwości co do rzeczywistych przyczyn wypadku na Imoli spowodowało zakwalifikowanie zdarzenia jako potencjalnego przestępstwa, a dokładniej nieumyślnego spowodowania śmierci. Oficjalnie zainicjowano więc śledztwo. Maurizio Passarini, włoski prokurator prowadzący sprawę, powołał komisję ekspertów, w skład której weszli między innymi Mauro Forghieri, były dyrektor techniczny Ferrari, Alberto Bucchi, ekspert w dziedzinie systemów konstrukcji drogowych z uniwersytetu w Bolonii, Enrico Lorenzini, profesor mechaniki czy Roberto Nosetto, były szef toru Imola. Wnioski z 600-stronnicowego raportu był jednoznaczne - przyczyną nagłego opuszczenia toru przez bolid Williamsa było zmęczeniowe pęknięcie kolumny kierowniczej i spowodowana tym utrata sterowności. Specjaliści wskazali, że zmodernizowana kolumna została źle spasowana i nie miała prawa wytrzymać naprężenia, powstającego w trakcie wyścigu. Odkryto rysy na fragmencie spawu, a cała praca wydała się być wykonana w pośpiechu i bez odpowiedniego nadzoru. Eksperci, powołani przez prokuraturę, pokusili się nawet o przypuszczenie, że kolumna mogła pęknąć już podczas okrążenia rozgrzewkowego, a przed kolizją koła były połączone z układem kierowniczym jedynie małym elementem, który musiał ukruszyć się w trakcie wyścigu. Jako potencjalnych winnych wskazano inżynierów Williamsa, którzy dokonali niezgodnej z zasadami sztuki modernizacji. Dodatkowo, raport wskazywał, że stan techniczny toru przy zakręcie Tamburello odegrał ważną rolę w skutkach zderzenia - nierówności i jakość nawierzchni spowodowały, że Senna przed zderzeniem mógł zredukować prędkość z 309 km/h jedynie do 208 km/h. W przypadku optymalnych warunków możliwe byłoby zwolnienie do 170 kmh/h przed spotkaniem ze ścianą. Williams przed sądem Na podstawie obszernego raportu prokuratorskiego w sądzie w Bolonii rozpoczął się proces. Na ławie oskarżonych zasiedli Frank Williams, Patrick Head oraz Adrian Newey. Żaden z nich nie przyznawał się do winy. Prokurator Maurizio Passarini wywodził, że konstruktorzy błędnie oszacowali wytrzymałość zmodernizowanej konstrukcji kolumny kierowniczej względem sił, jakim poddawana jest ona na torze wyścigowym. Materiał, z jakiego wykonano wspawany element, był gorszej jakości niż oryginalny. Ponadto, klin umieszczono w takim miejscu, w którym na drążek działa największa siła przeciążenia. Wreszcie - wskazano, że wspawany element miał zbyt małą średnicę (18 mm) w stosunku do oryginalnej kolumny kierowniczej (22 mm), przez co był bardziej podatny na pęknięcie. W toku procesu sądowego powołano opinie niezależnych biegłych - dwa ośrodki badawcze doszły do identycznych wniosków co komisja, powołana przez prokuraturę - pęknięcie kolumny kierowniczej nastąpiło przed uderzeniem w ścianę i to właśnie ono było przyczyną wypadku. Z aktu oskarżenia wyłaniał się więc horror, jaki w ostatnich chwilach musiał przezywać Senna – na zakręcie pokonywanym z prędkością ponad 300 km/h kolumna pękła, a w jego rękach pozostała bezużytecznie zwisająca kierownica, która nie miała żadnego połączenia z kołami. Prawnicy broniący kierownictwa Williamsa robili co mogli, starając się skierować proces na inne tory. W imieniu oskarżonych podnosili, że elementy sterownicze bolidu do momentu wypadku działały prawidłowo, a drążek został uszkodzony na skutek wypadku, a nie przed nim. Swoją linię obrony uzasadniali danymi telemetrycznymi, odzyskanymi z rozbitego samochodu, dotyczącymi wychylenia skrętu kół i wskazań kontroli ciśnienia płynu hydraulicznego w układzie kierowniczym. Adwokaci Patricka Heada sugerowali, że Senna popełnił błąd, zdejmując stopę z pedału gazu w miejscu, gdzie zmienia się asfalt, co doprowadziło do nagłej utraty przyczepności. Prawnicy starali się połączyć tę pomyłkę kierowcy z szeregiem innych okoliczności – zmniejszeniem się ciśnienia opon na skutek zbyt powolnej jazdy za samochodem bezpieczeństwa lub najechaniem na zalegający na torze kawałek innego bolidu, co doprowadziło do utraty sterowności. Williams bronił się również twierdzeniem, że w aucie zespołowego partnera Senny, Damona Hilla, dokonano w identycznym czasie takiej samej przeróbki kolumny kierowniczej, a mimo to nie pękła ona w trakcie wyścigu. Powołani przez sąd biegli dość jednoznacznie wyjaśnili jednak, że ingerencja w strukturę metalu była tak poważna, że do podobnego wypadku mogłoby dojść choćby podczas następnego weekendu. Wyrok bez kary W grudniu 1997 roku zakończył się proces Franka Williamsa, Patricka Heada i Adriana Neweya w pierwszej instancji. Wszyscy zostali uniewinnieni. Prawie 400-stronnicowym uzasadnieniu decyzji sędzia Antonio Costanzo stwierdził, że przyczyną wypadku było pęknięcie kolumny kierowniczej. Brakowało jednak dowodów na bezpośrednią winę któregoś z oskarżonych. Wyrok został zaskarżony przez prokuraturę, która zażądała "zawiasów" dla Neweya i Heada. W listopadzie 1999 roku Sąd Apelacyjny utrzymał jednak w całości wyrok I instancji. Wydawało się, że sądowa ścieżka została wyczerpana. Sprawa śmierci Senny wciąż była jednak dla wielu tematem zbyt istotnym, aby poprzestać na uniewinnieniu. W styczniu 2003 roku włoski Sąd Najwyższy wznowił sprawę, stwierdzając, że w Sądzie Apelacyjnym w Bolonii popełniono istotne błędy orzecznicze. Ponowne zbadanie sprawy przyniosło co do zasady identyczne wnioski w zakresie przyczyny wypadku - było nią pęknięcie kolumny kierowniczej na skutek wadliwej jej modyfikacji. Adrian Newey został ostatecznie uniewinniony w 2005 roku, ale wobec Patricka Heada podtrzymano oskarżenie zaniedbania przeprowadzenia ostatecznej kontroli modyfikacji układu sterowania. 13 kwietnia 2007 roku, prawie 13 lat po wypadku na Imoli, Corte di Cassazione (Włoski Najwyższy Sąd Kasacyjny) w Rzymie wydał wyrok nr 15050, na mocy którego Patrick Head został uznanym winnym. Słynny inżynier do więzienia jednak nie trafił, bo zgodnie z włoskim kodeksem karnym zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci przedawnia się z urzędu po 7 latach i 6 miesiącach. Wymiar (nie)sprawiedliwości? Długotrwała batalia sądowa i ostateczny wyrok wzbudzały kontrowersje. Kwestionowano samą zasadność sądowego rozstrzygania o winie za wypadek na torze podczas wyścigu Grand Prix. Dosadnie wypowiedział się Max Mosley, prezydent FIA w latach 1993-2009, który stwierdził, że z wieloletniej rozprawy przed włoskimi sądami nie wynikło nic pożytecznego. Wręcz przeciwnie, utrudniła ona realne prace nad zwiększeniem bezpieczeństwem kierowców F1, bowiem zatrzymano samochód Senny, co uniemożliwiło jego zbadanie i wyciągnięcie wniosków. Istotnie, proces sądowy wpisać należy w szerszy kontekst postępowania włoskich władz i organizatorów wyścigu na Imoli, które do dziś budzą szereg wątpliwości z etycznego i prawnego punktu widzenia. Na pierwszy plan wysuwa się określenie samego momentu śmierci Ayrtona Senny. Oficjalnie jako godzinę zgonu ustalono godzinę 18:40 w sobotę, gdy serce kierowcy przestało bić w szpitalu w Bolonii. W toku procesu sądowego, opierając się na opiniach biegłych lekarzy i patologów, uznano jednak, że Senna zginął o godzinie 14:17, a zatem w momencie uderzenia w ścianę przy Tamburello. Zachodzi tu więc ewidentna rozbieżność między werdyktem sądu a władzami włoskiego motosportu, organizatorem wyścigu na Imoli oraz samą FIA, które do dziś utrzymują, że Senna zmarł jednak dopiero kilka godzin później w szpitalu. Dlaczego jest to tak ważne z prawnego punktu widzenia? Zgodnie z włoskim prawem, w przypadku śmierci zawodnika podczas imprezy sportowej, należy ją natychmiast zatrzymać, a cały teren odgrodzić w celu zbadania. W przypadku wyścigu Formuły 1 oznacza to oczywiście całkowite odwołanie rywalizacji. Ma to kluczowe znaczenie w odniesieniu do tragicznego weekendu na Imoli. Wykonana w niedzielę rano sekcja zwłok Rolanda Ratzenbergera wykazała, uderzenie w ścianę spowodowało natychmiastowe pęknięcie aorty oraz złamanie podstawy czaszki – każdy z tych urazów osobno był śmiertelny. Jednoznacznie określono więc, że Austriak zginął na miejscu podczas kwalifikacji. Stosownie do zapisów włoskiego prawa, zarówno kwalifikacje jak i wyścig nie powinny się więc odbyć. O ile jeszcze można mieć pewne wątpliwości co dokończenia rozgrywania sobotniej czasówki, bo Ratzenberger został zabrany do szpitala, to w niedzielę rano było już pewne, że śmierć kierowcy nastąpiła na torze podczas imprezy sportowej. Oznacza, to że było przynajmniej kilka godzin na podjęcie decyzji o odwołaniu wyścigu. Jak wiemy, tak się nie stało. Zdecydowały zapewne komercyjne interesy Włochów oraz FIA. Nieoficjalnie mówiło się o szacunkowej kwocie przynajmniej 6,5 mln USD jako odszkodowanie za odwołanie wyścigu przez organizatora. Sprawa określenia dokładnego momentu śmierci Senny jest jednak bardziej problematyczna niż w przypadku Ratzenbergera i wchodzi w zakres rozważań na styku medycyny, etyki i prawa. Dziś większość niezależnych ekspertów twierdzi, że z etycznego punktu widzenia procedura medyczna, zastosowana wobec Aytrona po wypadku, była nieprawidłowa. Jeszcze na torze prowadzono czynności, mające na celu utrzymanie podstawowych funkcji życiowych, mimo rozpoznania urazów mózgu tak poważnych, że Senna nigdy nie miałby szans na przeżycie bez specjalistycznej aparatury. Dyrektor Instytutu Medycyny Prawnej w Porto, profesor Pinto da Costa, stwierdził, że bez znaczenia dla określenia momentu śmierci Senny było to, że jego serce biło po wyjęciu go z wraku. Część ekspertów, oceniających postępowanie ekipy medycznej na torze, uznała, że każdy lekarz po zobaczeniu obrażeń Senny wiedziałby, że nie ma szans na przeżycie, a czynność serca, przywrócona przy pomocy urządzeń krążeniowo-oddechowych, nie miała szans przynieść poszkodowanemu żadnych zdrowotnych korzyści. Wskazać jednak należy, że nie brakowało opinii odrębnych, reprezentowanych między innymi przez dyrektor szpitala w Lizbonie, José Pratasa Vitala, który dowodził, że chociaż obrażenia Senny, powstałe w momencie przebicia kasku przez element zawieszenia, rzeczywiście doprowadziły do jego śmierci, to serce nadal funkcjonowało. Miało to oznaczać, że że personel medyczny miał jeszcze teoretyczne możliwości ratowania życia na oddziale intensywnej terapii. Szacowana siła uderzenia elementu zawieszenia w skroń Senny odpowiadała uderzeniu głową w beton z wysokości 30 metrów. Z pewnością prowadzi to do wniosku, że śmiertelne i nieodwracalne uszkodzenia mózgu musiały powstać już na torze. Fakt jest również jednak taki, że serce Brazylijczyka biło aż do wieczora. Współczesna medycyna i prawo nie mają jednolitej, jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, kiedy rzeczywiście nastąpiła śmierć trzykrotnego mistrza świata. Dziś postępowanie organizatorów wyścigu, włoskich władz, FIA oraz sam przebieg procesu sądowego sugerować może próbę wykazania siły włoskiego wymiaru sprawiedliwości i swoiste odwrócenie uwagi od wątpliwych etycznie i prawnie działań w majowy weekend 1994 roku. Na konsekwentne forsowanie tezy o konstrukcyjnych wadach Williamsa, z czym dziś wielu ekspertów się nie zgadza, mógł mieć rosnący na sile mit Senny, który był zbyt dobrym kierowcą, aby popełnić błąd, powodujący wypadek. Znamienny jest głos Damona Hilla, partnera Ayrtona z Williamsa w 1994 roku, który stwierdził, że jest przekonany, iż Senna tego dnia się pomylił. Wielu ludzi jest zdania, że taki kierowca nie mógł tego zrobić, co Brytyjczyk argumentował tak: „Dlaczego nie? Przecież Senna miał wiele błędów w swojej karierze.” Post Scriptum W sprawie wypadku Senny i późniejszych wydarzeń z nim związanych, do dziś pozostaje wiele nierozwiązanych zagadnień. Oprócz wspominanej już kwestii zniszczenia „czarnej skrzynki” Williamsa, bardzo tajemniczy pozostaje aspekt nagrania z kamery pokładowej, umieszczonej na bolidzie Senny. Podczas rozprawy sądowej w Bolonii przedstawiono nagranie dłuższe o 0,6 sekundy, niż to znane z oficjalnych relacji. Zrodziło to podejrzenie, że telewizyjnych archiwach istnieje pełne nagranie wypadku, które ukazuje Sennę z oderwaną kierownicą w dłoniach tuż przed zderzeniem. Do dziś jednak brak dowodów na jego istnienie. Zagadkowe wydaje się również postępowanie zespołu Williamsa po zakończeniu pierwszego procesu sądowego. W 2002 roku włoska prokuratura zwróciła wrak rozbitego FW16 brytyjskiej ekipie. Williams pospiesznie go zniszczył, stwierdzając, że przez lata uległ on znacznej defragmentacji i nie nadawał się do dalszych badań. Oddany producentowi, firmie Bell, słynny żółty kask Senny również szybko został zutylizowany. Silnik rozbitego Williamsa został w 2002 roku zwrócony Renault. Do dziś jego los pozostaje nieznany. auftrag ausgeführt verbraucht kreuze – drei nägel – ein dutzend essig – ein eimer keine besondere vorkommnissePrzypomnijmy. Michaił Bułhakow, Mistrz i białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, posuwistym krokiem kawalerzysty, wczesnym rankiem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan pod krytą kolumnadę łączącą oba skrzydła pałacu Heroda Wielkiego wyszedł procurator Judei Poncjusz Piłat. (…) Na mozaikowej posadzce przy fontannie był już przygotowany tron i procurator nie spojrzawszy na nikogo zasiadł na nim i wyciągnął rękę w bok. Sekretarz z uszanowaniem złożył w jego dłoni kawałek pergaminu. Procurator, nie zdoławszy opanować bolesnego grymasu, kątem oka pobieżnie przejrzał tekst, zwrócił sekretarzowi pergamin, powiedział z trudem: – Podsądny z Galilei? (…) Procuratorowi skurcz wykrzywił policzek. Powiedział cicho: – Wprowadźcie oskarżonego. Natychmiast dwóch legionistów wprowadziło między kolumny z ogrodowego placyku dwudziestosiedmioletniego człowieka i przywiodło go przed tron procuratora. Człowiek ów odziany był w stary, rozdarty, błękitny chiton. Na głowie miał biały zawój przewiązany wokół rzemykiem, ręce związano mu z tyłu. Pod jego lewym okiem widniał wielki siniak, w kąciku ust miał zdartą skórę i zaschłą krew. Patrzył na procuratora z lękliwą ciekawością. Tamten milczał przez chwilę, potem cicho zapytał po aramejsku: – Więc to ty namawiałeś lud do zburzenia jeruszalaimskiej świątyni? Procurator siedział niczym wykuty z kamienia i tylko jego wargi poruszały się ledwie zauważalnie, kiedy wymawiał te słowa. Był jak z kamienia, bał się bowiem poruszyć głową płonącą z piekielnego bólu. Człowiek ze związanymi rękami postąpił nieco ku przodowi i począł mówić: – Człowieku dobry. Uwierz mi… Ale procurator, nadal znieruchomiały, natychmiast przerwał mu, ani o włos nie podnosząc głosu: – Czy to mnie nazwałeś dobrym człowiekiem? Jesteś w błędzie. Każdy w Jeruszalaim powie ci, że jestem okrutnym potworem, i to jest święta prawda. – Po czym równie beznamiętnie dodał: – Centurion Szczurza Śmierć, do mnie! Wszystkim się wydało, że zapada mrok, kiedy centurion pierwszej centurii Marek, zwany także Szczurzą Śmiercią, wszedł na taras i stanął przed procuratorem. Był o głowę wyższy od najwyższego żołnierza legionu i tak szeroki w barach, że przesłonił sobą niewysokie jeszcze słońce. Procurator zwrócił się do centuriona po łacinie: – Przestępca nazwał mnie człowiekiem dobrym. Wyprowadź go stąd na chwilę i wyjaśnij mu, jak należy się do mnie zwracać. Ale nie kalecz go. Wszyscy prócz nieruchomego procuratora odprowadzali spojrzeniami Marka Szczurzą Śmierć, który skinął na aresztanta, każąc mu iść za sobą. Szczurzą Śmierć w ogóle zawsze wszyscy odprowadzali spojrzeniami, gdziekolwiek się pojawiał, tak niecodziennego był wzrostu, a ci, którzy widzieli go po raz pierwszy, patrzyli nań z tego także powodu, że twarz centuriona była potwornie zeszpecona – nos jego strzaskało niegdyś uderzenie germańskiej maczugi. Ciężkie buciory Marka załomotały po mozaice, związany poszedł za nim bezgłośnie, pod kolumnadą zapanowało milczenie, słychać było gruchanie gołębi na ogrodowym placyku nie opodal balkonu, a także wodę śpiewającą w fontannie dziwaczną i miłą piosenkę. Procurator nagle zapragnął wstać, podstawić skroń pod strugę wody i pozostać już w tej pozycji. Wiedział jednak, że i to nie przyniesie mu ulgi. Szczurza Śmierć spod kolumnady wyprowadził aresztowanego do ogrodu, wziął bicz z rąk legionisty, który stał u stóp brązowego posągu, zamachnął się od niechcenia i uderzył aresztowanego po ramionach. Ruch centuriona był lekki i niedbały, ale związany człowiek natychmiast zwalił się na ziemię, jakby mu ktoś podciął nogi, zachłysnął się powietrzem, krew uciekła mu z twarzy, a jego oczy stały się puste. Marek lewą ręką lekko poderwał leżącego w powietrze, jakby to był pusty worek, postawił go na nogi, powiedział przez nos, kalecząc aramejskie słowa: – Do procuratora rzymskiego zwracać się: hegemon. Innych słów nie mówić. Stać spokojnie. Zrozumiałeś czy uderzyć? Aresztowany zachwiał się, ale przemógł słabość, krew znów krążyła, odetchnął głęboko i ochryple powiedział: – Zrozumiałem cię. Nie bij mnie. Po chwili znowu stał przed procuratorem. (…) – Powiedz mi, czemu nieustannie mówisz o dobrych ludziach? Czy nazywasz tak wszystkich ludzi? – Wszystkich – odpowiedział więzień. – Na świecie nie ma złych ludzi. – Pierwszy raz spotykam się z takim poglądem – powiedział Piłat i uśmiechnął się. – Ale, być może, za mało znam życie!… Czy wyczytałeś to w którejś z greckich ksiąg? – Nie, sam do tego doszedłem. – I tego nauczasz? – Tak. – A na przykład centurion Marek, którego nazywają Szczurzą Śmiercią, czy on także jest dobrym człowiekiem? – Tak – odparł więzień. – Co prawda, jest to człowiek nieszczęśliwy. Od czasu, kiedy dobrzy ludzie go okaleczyli, stał się okrutny i nieczuły. Ciekawe, kto też tak go zeszpecił? – Chętnie cię o tym poinformuję – powiedział Piłat – ponieważ byłem przy tym obecny. Dobrzy ludzie rzucili się na niego jak gończe na niedźwiedzia. Germanie wpili mu się w kark, w ręce, w nogi. Manipuł piechoty wpadł w zasadzkę i gdyby nie to, że turma jazdy, która dowodziłem, przedarła się ze skrzydła, nie miałbyś, filozofie, okazji do rozmowy ze Szczurzą Śmiercią. To było w czasie bitwy pod Idistaviso, w Dolinie Dziewic. – Jestem pewien – zamyśliwszy się powiedział więzień – że gdyby ktoś z nim porozmawiał, zmieniłby się z pewnością. – Sądzę – powiedział Piłat – że legat legionu nie byłby rad, gdyby ci wpadło do głowy porozmawiać z którymś z jego oficerów czy żołnierzy. Zresztą nie dojdzie do tego, na szczęście, i już ja będę pierwszym, który się o to zatroszczy. (…) Przez chwilę ciszę panującą na tarasie zakłócał tylko śpiew wody w fontannie. Piłat patrzył, jak nad rzygaczem fontanny wydyma się miseczka uczyniona z wody, jak odłamują się jej krawędzie i strumykami spadają w dół. Pierwszy zaczął mówić więzień: – Widzę, że to, o czym mówiłem z tym młodzieńcem z Kiriatu, stało się przyczyną jakiegoś nieszczęścia. Mam takie przeczucie, hegemonie, że temu młodzieńcowi stanie się coś złego, i bardzo mi go żal. – Myślę – odpowiedział procurator z dziwnym uśmiechem – że istnieje ktoś jeszcze, nad kim mógłbyś się bardziej użalić niż nad Juda z Kiriatu, ktoś, czyj los będzie znacznie gorszy niż los Judy! …A więc Marek Szczurza Śmierć, zimny i pozbawiony skrupułów kat, i ci ludzie, którzy, jak widzę – tu procurator wskazał zmasakrowaną twarz Jeszui – bili cię za twoje proroctwa, i rozbójnicy Dismos i Gestas, którzy wraz ze swoimi kamratami zabili czterech moich żołnierzy, i ten brudny zdrajca Juda wreszcie – wszystko to są więc ludzie dobrzy? – Tak – odpowiedział więzień. – I nastanie królestwo prawdy? – Nastanie, hegemonie – z przekonaniem odparł Jeszua. – Ono nigdy nie nastanie – nieoczekiwanie zaczął krzyczeć Piłat, a krzyczał głosem tak strasznym, że Jeszua aż się cofnął. Takim głosem przed wieloma laty w Dolinie Dziewic wołał Piłat do swoich jezdnych: “Rąb ich! Rąb ich! Olbrzym Szczurza Śmierć jest otoczony!” Jeszcze podniósł zdarty od wywrzaskiwania komend głos, wykrzykiwał słowa tak, aby usłyszano je w ogrodzie: – Łotrze! Łotrze! Łotrze! A potem ściszył głos i zapytał: – Jeszua Ha–Nocri, czy wierzysz w jakichkolwiek bogów? – Jest jeden Bóg – odpowiedział Jeszua – i w niego wierzę. – Więc się do niego pomódl! Módl się najgoręcej, jak umiesz! A zresztą… – głos Piłata pękł nagle –nic ci to nie pomoże. (…) W chwilę później stanął przed procuratorem Marek Szczurza Śmierć. Procurator polecił mu przekazać więźnia komendantowi tajnej służby, a zarazem powtórzyć komendantowi polecenie procuratora, by Jeszua Ha–Nocri nie kontaktował się z innymi skazanymi, a także, by ludziom z tajnej służby wydać obwarowany surowymi karami zakaz rozmawiania o czymkolwiek z Jeszuą i udzielania odpowiedzi na jakiekolwiek jego pytania. Marek dał znak, eskorta otoczyła Jeszuę i wyprowadziła go z tarasu. (…) Po czym stanął przed procuratorem urodziwy jasnobrody młodzieniec. W grzebieniu hełmu miał orle pióra, na jego piersiach połyskiwały złote pyski lwów, pochwa jego miecza okuta była złotymi blaszkami, miał sznurowane aż po kolana buty na potrójnej podeszwie, na lewe ramię narzucił purpurowy płaszcz. Był to legat, dowódca legionu. Procurator zapytał go, gdzie się obecnie znajduje kohorta z Sebaste. Legat oznajmił, że sebastyjczycy tworzą kordon na placu przed hipodromem, tam gdzie zostanie zakomunikowany ludowi wyrok na oskarżonych. Wówczas procurator polecił legatowi wydzielić dwie centurie z rzymskiej kohorty. Jedna z nich pod dowództwem Szczurzej Śmierci będzie eskortowała skazanych, wozy ze sprzętem potrzebnym do kaźni i oprawców w drodze na Nagą Górę, a kiedy już tam przybędzie, ma się przyłączyć do kordonu ochraniającego jej szczyt. Drugą nie zwlekając należy posłać na Nagą Górę, niech utworzy kordon już teraz. (…) Piechota rzymska w drugim kordonie cierpiała bardziej jeszcze niż Syryjczycy. Centurion Szczurza Śmierć pozwolił żołnierzom na to jedynie, by zdjęli hełmy i nakryli głowy białymi, zmoczonymi w wodzie chustami, żołnierze musieli jednak stać nie wypuszczając włóczni z rąk. On sam, z taką samą, nie zmoczoną jednak, lecz suchą chustą na głowie, przechadzał się nieopodal grupki oprawców nie zdjąwszy nawet z tuniki przypinanych srebrnych lwich pysków, nie odpiąwszy nagolenników, nie odpasawszy miecza ani krótkiego sztyletu. Słońce biło wprost w centuriona, nie przyczyniając mu najmniejszej krzywdy, na lwie pyski zaś nie sposób było spojrzeć – palił oczy oślepiający blask srebra, które jak gdyby kipiało na słońcu. Na pokiereszowanej twarzy Szczurzej Śmierci nie widać było ani znużenia, ani niezadowolenia i wydawało się, że olbrzymi centurion może tak chodzić przez cały dzień, przez całą noc i przez jeszcze jeden dzień, tak długo, słowem, jak długo będzie to potrzebne. Może chodzić ciągle tak samo, wsparłszy dłonie na ciężkim, nabijanym miedzianymi blachami pasie, nieodmiennie surowo spoglądając to na słupy z traconymi, to na legionistów w kordonie, nieodmiennie obojętnie odrzucając szpicem kosmatej skórzni wybielone przez czas ludzkie kości albo małe kamienie, które znalazły się na jego drodze. (…) …w piątej godzinie męczarni zbójców wspinał się na szczyt dowódca kohorty – wraz z ordynansem przygalopował z Jeruszalaim. Na skinienie Szczurzej Śmierci rozstąpił się łańcuch żołnierzy i centurion oddał honory trybunowi. Ten odprowadził Szczurzą Śmierć na bok i coś mu szepnął. Centurion zasalutował po raz drugi i poszedł w kierunku grupki oprawców, którzy rozsiedli się na kamieniach u podnóża słupów. (…) Szczurza Śmierć spojrzał z obrzydzeniem na brudne szmaty leżące na ziemi koło słupów, łachmany, które do niedawna stanowiły odzież przestępców, a którymi wzgardzili oprawcy, odwołał dwu oprawców i rzucił im rozkaz: – Za mną! (…) Procurator nie miał ochoty wchodzić do pałacu. Polecił, aby mu przygotowano posłanie pod kolumnadą. Legł na przygotowanym łożu, ale sen nie nadszedł. Nagi księżyc wisiał wysoko na czystym niebie i procurator patrzył weń przez kilka godzin. Mniej więcej o północy sen użalił się wreszcie nad procuratorem. Ziewnąwszy spazmatycznie rozpiął i zrzucił płaszcz, zdjął przepasujący tunikę rzemień ze stalowym krótkim sztyletem w pochwie, położył go na stojącym obok łoża tronie, zdjął sandały i wyciągnął się. (…) Łoże znajdowało się w półmroku, kolumna osłaniała je przed księżycem, ale od wiodących na taras schodów do posłania ciągnęło się księżycowe pasmo. Procurator, skoro tylko stracił kontakt z otaczającą go rzeczywistością, zaraz ruszył po owej jaśniejącej ścieżce i poszedł nią ku górze, wprost w księżyc. Aż się roześmiał przez sen, uszczęśliwiony, że tak piękne i niepowtarzalne było wszystko na tej przejrzystej niebieskiej drodze (…), obok kroczył wędrowny filozof. Dyskutowali o czymś nader ważnym i niezmiernie skomplikowanym i żaden z nich nie mógł przekonać drugiego. Nie mieli żadnych wspólnych poglądów, co czyniło ich dyskusję szczególnie interesującą i sprawiało, że mogła się ona ciągnąć w nieskończoność. Dzisiejsza kaźń, oczywista, okazała się jedynie zwykłym nieporozumieniem; filozof, który wymyślił coś tak niepomiernie niedorzecznego jak to, że wszyscy ludzie są dobrzy, szedł tuż obok, a zatem żył. Wolnego czasu mieli, ile dusza zapragnie, a burza miała nadciągnąć dopiero pod wieczór, tchórzostwo natomiast należy bez wątpienia do najstraszliwszych ułomności człowieka. Dowodził tego Jeszua Ha–Nocri. – O, nie, mój filozofie, nie zgodzę się z tobą – tchórzostwo nie jest jedną z najstraszliwszych ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą! – Oto, na przykład, nie stchórzyłeś, obecny procuratorze prowincji Judea, a ówczesny trybunie legionu wtedy, tam, w Dolinie Dziewic, kiedy tak niewiele brakowało, żeby rozwścieczeni Germanie zagryźli olbrzyma Szczurzą Śmierć? – Ale zechciej mi wybaczyć, filozofie! Czyżbyś ty, tak rozumny, mógł przypuścić, że z powodu człowieka, który popełnił przestępstwo przeciw cezarowi, procurator Judei zaprzepaści swoją karierę? – Tak, tak… – jęczał i szlochał przez sen Piłat. – Teraz zawsze będziemy razem – mówił doń we śnie obdarty filozof–włóczęga, który, nie wiedzieć w jaki sposób, stanął na drodze Jeźdźca Złotej Włóczni – gdzie jeden, tam i drugi! Kiedy wspomną mnie, równocześnie wspomną ciebie! Mnie, podrzutka, syna nieznanych rodziców, i ciebie, syna króla–astronoma i młynarzówny, pięknej Pilli. – Tak, zechciej o mnie pamiętać, wspomnij o mnie, o synu astronoma – prosił we śnie Piłat. I spostrzegłszy we śnie skinienie idącego obok niego nędzarza z En Sarid, skinienie, które było zapewnieniem, surowy procurator Judei z radości śmiał się i płakał przez sen. Wszystko to było bardzo piękne, ale tym żałośniejsze było przebudzenie hegemona. Pies zawył do księżyca i urwała się przed procuratorem śliska, jak gdyby wymoszczona oliwą błękitna droga. Otworzył oczy, a jego zbolałe źrenice zaczęły szukać księżyca i spostrzegł, że księżyc odpłynął nieco na bok i stał się srebrzystszy. Blask miesiąca silniejszy był niż nieprzyjemne, niespokojne światło igrające na tarasie tuż przed oczyma. W dłoniach centuriona Szczurzej Śmierci pełgała i kopciła pochodnia. (…) Osłaniając się dłonią przed płomieniem, procurator ciągnął: – I w nocy, i przy księżycu nie zaznam spokoju!… O, bogowie!… Ty, Marku, także masz podła służbę, żołnierzy czynisz kalekami… Marek patrzył na procuratora z nieopisanym zdumieniem i procurator opamiętał się. Aby zatrzeć wrażenie niepotrzebnych słów, słów, które wypowiedział budząc się, procurator rzekł: – Nie gniewaj się, centurionie. Moja rola, powtarzam, jest jeszcze gorsza. Czego chcesz? – Przyszedł komendant tajnej służby – spokojnie zakomunikował Marek. – Proś, proś – powiedział procurator (…). Afraniusz wyjął spod chlamidy sakiewkę, zapieczętowaną dwoma pieczęciami, całą w zakrzepłej krwi. – Ten oto woreczek z pieniędzmi mordercy podrzucili w domu arcykapłana. Krew na tym woreczku – to krew Judy z Kiriatu. – Ciekawe, ile tam jest? – pochylając się nad sakiewką zapytał Piłat. – Trzydzieści tetradrachm. Procurator uśmiechnął się i powiedział: – Nie jest to wiele. Postrzał w skroń był bezpośrednią przyczyną śmierci polskiego kierowcy TIR-a, który zginął w zamachu w Berlinie - dowiedziało się Radio ZET. Informację tę potwierdza Aldona Lema z Prokuratury Krajowej w Szczecinie. Źródło: PAP/EPA, fot: MAURIZIO GAMBARINI- Nie ma wątpliwości, że bezpośrednią przyczyną zgonu - to wykazali biegli z Zakładu Medycyny Sądowej Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie - były obrażenia ośrodkowego układu nerwowego związane z raną postrzałową okolicy skroniowej obywatela polskiego - powiedziała Polskiej Agencji Prasowej Aldona Lema. Jak dodała, biegli stwierdzili także sińce na ciele, ale zastrzegła, że prokuratura nie podaje informacji o ich lokalizacji ani o narzędziu, którym mogły zostać stwierdzili także, że polski kierowca nie był pod wpływem czy sekcja zwłok, którą przeprowadzili polscy specjaliści, pozwoliła ustalić godzinę zgonu kierowcy, Lema odpowiedziała, że nie było to możliwe. Odmówiła też - ze względu na "ważny interes śledztwa" - odpowiedzi na pytanie o to, czy wyniki sekcji mogą potwierdzić lub zaprzeczyć doniesieniom medialnym, według których polski kierowca miał przed śmiercią walczyć z z Prokuratury Krajowej otrzymali wyniki sekcji zwłok wykonanej przez zakład medycyny sądowej. Do określenia konkretnej godziny zgonu potrzebne są wyniki sekcji zwłok wykonanej przez niemieckich śledczych. Sekcja w Polsce odbyła się kilka dni po informacji Radia ZET wynika, że mężczyzna na pewno nie zginął w godzinach popołudniowych, czyli zaraz po tym, jak skradziono jego przekazali już polskiej stronie wyniki z sekcji i badań z kabiny TIR-a. Dokumenty są teraz zamachu doszło w poniedziałek, 19 grudnia w Berlinie. Ciężarówka na polskiej rejestracji wjechała w jarmark świąteczny przy Gedaechtniskirche w centrum z Polski Łukasz Urban był pierwszą ofiarą zamachu, którego 19 grudnia dokonał Tunezyjczyk Anis Amri. Terrorysta porwał ciężarówkę, zabił polskiego kierowcę, a następnie wjechał 40-tonowym pojazdem w ludzi na jarmarku bożonarodzeniowym w centrum Berlina na Breitscheidplatz. W wyniku zamachu 12 osób zostało zabitych, a ponad 50 rannych, wielu z nich bardzo ciężko. Amri został zastrzelony kilka dni później w okolicach jakość naszego artykułu:Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

uderzenie w skroń śmierć